Rzuty


Rok wcześniej.

Anna wstała z łóżka, pomyślała, że to będzie dobry dzień. Mimo, że za oknem czuć było jesień, świeciło piękne słońce. Zrobiła dzieciom szybkie śniadanie, sobie jeszcze szybszą kawę i odwiozła starszaka do przedszkola. Młody w aucie zaczął trochę świrować. Oblizywał swoje średnio czyste buty, za  wszelką cenę chciał oderwać z okna zasłonkę z Kubusiem i przyjaciółmi, jakby to była sprawa życia lub śmierci. Zachciało mu się też pić i siku. Przebąkiwał coś o kupie. Zaczął kichać, przez co zielony glut wylądował mu na wardze.
Cierpliwości...zaraz mu przejdzie - pomyślała zirytowana, podając mu serwetkę po wczorajszej kolacji w maku. Starała sobie przypomnieć, że ten dzień miał być całkiem udany. Tylko spokojnie, wdech i kurwa wydech. Od jednego do dziesięciu. Od dziesięciu do jednego. Kiedy spojrzała we wsteczne lusterko, serwetki już nie było, a na miejscu gila spoczywała miniaturka języka, wywinięta w zalotny rogalik.
Oczywistą oczywistością jest, że auto utknęło w korku. Niby nie dużym, ale z takim pasażerem, każda sekunda się liczy. Każda sekunda zniżająca ją do zamknięcia za sobą drzwi domu jest na wagę złota.
Udało się.
Uff.
Można wytrzeć pot z czoła.
Baza.
Chyba nie muszę wspominać, że dziecko, kiedy tylko przekroczyło próg domu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki złośliwej wróżki, zapomniało już o sikaniu i piciu, a nawet o kupie?

Anna lubi czytać blogi. Mam, które luzują, które nie starają się na siłę. One są jej wentylem bezpieczeństwa. Jakiś czas temu przeczytała gdzieś, żeby wyjść ze strefy komfortu, żeby zainwestować w siebie i rozwijać swoje pasje, zadbać o siebie. Tak zrobiła. Wróciła na studia, zaczęła prowadzić bloga o zdrowym stylu życia. Nie dlatego, żeby bardzo interesowały ją składniki mikro, makro i pierdziatro, ale chciała trochę schudnąć, żeby znowu poczuć pełny pożądania wzrok męża. No i szukała czegoś, co teraz jest na topie, jakiegoś modnego hobby, żeby na studiach było, o czym pogadać. Przecież nie opowie swoim znajomym, że kiedyś jej pasją była psychologia, bo jak wytłumaczyć jej pobyt na kierunku marketing i zarządzanie?
W swoim internetowym dzienniku spisywała codziennie postępy, wstawiała zdjęcia swoich efektów i nawet pisała artykuły, które znajdowały, co raz szersze grono odbiorców. Czuła, że żyje. Puszczała mimo uszu uwagi męża, że pewnie odchudza się, bo kogoś ma, że na tych studiach będzie szukać wiadomo czego do wiadomej części ciała. To nawet słodkie. Był zazdrosny.
I tak powoli budowała sobie, jak jej się wydawało solidny dom, ale na pożyczonych i używanych cegłach.

Dzisiaj.

Anna siedzi w swoim ulubionym fotelu przykryta kocem. Za oknem pada śnieg. W ręku trzyma telefon, przegląda portale społecznościowe. Roześmiana Aśka na wakacjach pod palmami, Robert z żoną w nowym mieszkaniu. Wszyscy tacy szczęśliwi. Uśmiechnięci. Nie zwraca uwagi na papierki po cukierkach, które po dywanie turla radośnie kot. Zapomniała o praniu, które schnie w pralce od 3 dni.
Przecież inne kobiety też tak mają - przypomina sobie stare teksty z blogów.
Starsze dziecko patrzy w tablet, młodsze ciągnie ją za rękaw.
- Idź sobie! Nie rozumiesz, że muszę coś zrobić? Baw się sam. - krzyczy zirytowana.
Wychodzi do łazienki, zamyka się na klucz. Siada na zamkniętym sedesie i płacze. Znowu na niego nakrzyczałam, co ze mnie za matka - krzyczy jakiś głos w jej głowie.
Podnosi wzrok nie odrywając dłoni od twarzy, przez co rozciąga sobie palcami skórę pod oczami. Jej spojrzenie zatrzymuje się na lustrze.
Jak Ty wyglądasz. Kupa tłuszczu. Gruba świnia. Nic dziwnego, że Cię olewa, nie zwraca na Ciebie uwagi. Jak mogłaś do tego dopuścić, tak dobrze Ci szło. Nienawidzę Cię - rzuca z odrazą oskarżenia swojemu odbiciu.
Ostatnie kilka miesięcy to jakiś koszmar. Jej starania naprawienia swojego życia poszły się za przeproszeniem jebać. Jeszcze parę miesięcy temu wyglądała świetnie, ale mąż, jak nie zwracał na nią zbyt często uwagi, tak nie zwraca nadal, więc pocieszała się jedzeniem i trochę alkoholem. Oczywiście bywają chwile, kiedy jest miły, ale jej to nie wystarcza. Studia idą jak po grudzie, a uwagi zazdrosnego męża, przygniatają ją jak zwalone drzewo wrak samochodu.
Przypomina sobie jak kiedyś wszystko łatwo jej szło. Jak na skrzydłach szła na kolejne treningi, pisała nowe posty, wyglądała co raz lepiej, czuła, że ma cel. Pamięta też dzień, kiedy to się skończyło. Awantura z mężem o kolejne wyjście z kolegami. Mieli iść razem na kolacje, ale zadzwonili oni. Wybrał ich. Przecież ją ma zawsze w domu. Nic wielkiego. Następnym razem. Nic się nie stało. Już to słyszała.

Tego dnia czuła jakby dobiegła na skraj przepaści. Rozłożyła ręce i rzuciła się w otchłań. Spadając, co chwila łapała się z nadzieją jakiejś gałęzi, ale był to tylko suchy badyl, który łamał się szybko pod jej ciężarem. Jej lot zakończył się w oceanie. Wpadła bezwładnie do wody, która otuliła ją jak dziecko. Nie ruszała się, czas jej nie dotyczył, wyglądała jak marionetka, którą ktoś zanurzył w wielkim akwarium. Wyłaniała się co jakiś czas, gdy brakowało jej tchu. Płuca przyzwyczaiły się już do co raz dłuższego wstrzymywania oddechu. Wypływając na powierzchnie, łapczywie łapała tlen, jak ryba, jak nurek, który zwiedzał wrak statku, ale jego butla tlenowa uległa awarii. Gdy była na powierzchni, zazwyczaj podtapiały ją fale, którym nie miała siły się przeciwstawić. I wracała w ciemną toń, która zamykała ją w ogromnych ramionach, zaciskając je niczym ośmiornica na swojej zdobyczy.

Rok później.

Wieczór. Dzieci śpią. Mimo późnej godziny, przez uchylony balkon wpada ciepłe wiosenne powietrze. Na stoliku stoi kubek herbaty i domowe ciastka. Anna zaczęła niedawno nowe studia. Psychologię. Nie pisze już o odchudzaniu, nie próbuje już nawet nowych diet. Jest szczęśliwa. Akceptuje siebie, chociaż czasem zdarzają jej się wyrzuty sumienia, po zjedzeniu z mężem pizzy na kolację.
Napisała właśnie jedną z prac zaliczeniowych z uśmiechem na ustach, a nie z odruchem wymiotnym, jak na poprzednim kierunku. Poznała siebie dobrze i wie, że nie może pozwolić sobie na bycie jak rozlazłe gacie dziadka Henia. Musi mieć plan działania. Nie jest i nie będzie perfekcjonistką, ale lepiej czuje się, gdy na pułkach nie zalega kurz, a w szafie ma poukładane. Jak w głowie. Przypomniała sobie dzień, w którym wszystko się zmieniło. Zaczął irytować ją brud, jej własne krzyki i niezadowolenie. Uświadomiła sobie, że całe życie robiła coś dla kogoś. Modne hobby dla znajomych. Świetny wygląd dla męża. Bezpieczny kierunek studiów dla nudnej pracy. Dla niej, początkowo miały być dzieci, żeby ją kochały i odmieniły jej życie Tylko, z czasem okazało się, że Anna zapominając o swoich marzeniach, nie wiedziała zupełnie, w jakim kierunku zmierza. Jej wewnętrzny kompas się rozmagnesował. Nie widziała gwiazdy północy. Zgubiła się i łapała życia innych z nadzieją, że przypadkiem odnajdzie swoje. Zaczęła więcej wymagać od siebie, a kiedy wiedziała, że może na sobie polegać, podniosła poprzeczkę innym. Okazało się, że inni biorąc przykład z Anny podnosili ją sobie sami. A jeśli, ktoś ją ograniczał, ona ograniczała kontakt z tą osobą.
Przypomniał jej się ocean. Jego głębię, która ją unosiła. Nie widziała przed sobą nic oprócz nieprzeniknionej szarości. Czuła, że jeśli zacznie płynąć nic się nie zmieni, co najwyżej pożre ją stado rekinów. Ogarniał ją strach przed zmianą. Któregoś dnia zaczęła się dusić, w oddali widziała ogromny cień, który zbliżał się do niej. Z każdym dniem był, co raz bliżej. Potwór, z oddali szczerzył na nią kły. Rozwierał powoli swoją paszczę. Była przerażona i wiedziała, że jeśli nie zacznie płynąć, ta paszcza zatrzaśnie ją w swoim wnętrzu na wieki. Popłynęła. Płynęła, co raz szybciej i szybciej, ale cień ruszył za nią. Pewnego dnia przestała spoglądać przez ramię, chciała zapomnieć o mrocznym stworzeniu. Brakowało jej sił, ale nie poddawała się. Któregoś dnia obudziła się na brzegu. Osuszyła ubranie. Rozpaliła ognisko. Zaczęła powoli oddychać. Nawet dała sobie kilka dni na płacz, ale z wyznaczoną datą końca użalania się nad sobą.
Zbudowała małą chatkę, z ruin starego domu. Wygrzebała z nich swoje prawdziwe, zapomniane pragnienia i marzenia. Z nich zbudowała szkielet i fundamenty nowego schronienia. To w nim przetrwała burze. Któregoś wieczoru na horyzoncie zobaczyła lekko migoczącą gwiazdę.


Komentarze